Dotarłam na „Perfect Days”. Od dawna nie doświadczyłam w kinie takiego relaksu. Historia na ekranie płynie powoli, a my, widzowie w towarzystwie „starych” muzycznych kawałków dryfujemy niespiesznie razem z nią.
To cudowny, mądry, afirmujący życie film. O uważność, medytację, smakowanie życia i zatrzymanie się w „tu i teraz” też tu chodzi, ale także o starcie nowoczesności ze światem analogowym, który zanika, wietrzeje, wyparty nowościami i trendami. W filmie spotykamy też innego niezwykłego bohatera – miasto. Wenders przepięknie pokazuje Tokyo, w ciepłym świetle i odsłaniających jego urok kadrach. Zaprasza nas tam. Jak tu nie skorzystać z takiego zaproszenia.



